Kategorie: Wszystkie | ekranizacje | krótko o... | pokazy DKFu | szerzej o...
RSS
piątek, 15 kwietnia 2011
Fighter

"Fighter" w reżyserii Davida O'Russella to kolejny film o boksie. Jakoś tak się dzieje, że to najczęściej filmy o tej dyscyplinie i zajmujących się nią ludziach są najciekawsze z całej linii filmów sportowych. No bo kto wymieni od ręki kilka naprawdę dobrych obrazów o piłce nożnej, łyżwiarstwie czy siatkówce? A w przypadku pięściarstwa od razu przychodzą do głowy takie tytuły jak "Rocky", "Za wszelką cenę" czy "Wściekły byk". "Fighter" to kolejny kawałek solidnego kina gdzieś orbitujacy wokół boksu. Choć jak nietrudno się domyślić sport jest tu punktem wyjścia do opowieści o zupełnie czym innym.

 

Fighter

Głównymi bohaterami tego opartego na faktach filmu są dwaj przyrodni bracia Dicky Eklund i Micky Ward. Starszy Dicky (Christian Bale), kiedyś miał szansę na wielką karierę jednak zaprzepaścił ją głównie przez narkotyki i ogólnie "beztroski" styl życia. Młodszy Micky (Mark Wahlberg) wciąż boksuje i cały czas czeka na swoje pięć minut. Obaj wywodzą się z biednej dzielnicy w Lowell. Czyli generalnie prawdziwa historia ma podobny punkt wyjścia jak inne filmy o boksie. Zawodnik z nizin społecznych, dzięki talentowi, determinacji i morderczym treningom ma szansę na sukces. Tylko, że "Fighter" szybko z filmu o sporcie zmienia się w dramat o dysfunkcjonalnej rodzinie. Micky bowiem oprócz zmagań pomiędzy linami musi sobie jeszcze poradzić z raczej utrudniającymi życie najbliższymi krewnymi, którzy we wszystko wtykają nos i ze "zmiennym szczęściem" kierują karierą boksera. Wiecznie "przyspieszony" braciszek, matka choleryczka (Melissa Leo) czy niezliczone siostry stają sie garbem, który musi dźwigać Micky. Jedynym normalnym wydaje się być ojciec boksera, który próbuje rzeczywiście pomóc chłopakowi. Ale to dopiero znajomość z kelnerką Charlene (Amy Adams) jest punktem zwrotnym, który powoduje, że Micky bierze sprawy w swoje ręce. Nie da się ukryć, że ułatwił to również kolejny pobyt Dicky'ego w zakładzie karnym. Co dzieje się dalej nietrudno zgadnąć, nie zmienia to jednak faktu, że "Fightera" ogląda się z wielka przyjemnością.

Największą zaletą filmu jest zdecydowanie aktorstwo. Bardzo dobrze wypadają zarówno Adams jak i Leo, nawet Wahlberg nie jest tak strasznie drewniany jak zwykle. Ale to przede wszystkim koncertowo grający Bale zapada w pamięć. Aktor znów zrzucił troche kilogramów i doskonale wczuł się w rolę pozostającego w ciągłym ruchu narkomana, wiecznie wspominającego minione momenty chwały, od razu wzbudzając sympatię u widza. Oscar w pełni zasłużony!

"Fighter" to jedna z ciekawszych pozycji z Oscarowego zestawienia. Sprawnie opowiedziana historia, złożona ze stałych elementów charakterystycznych dla gatunku, pokazanie trudnego życia w Lowell, ciekawy twist fabularny (z filmem dokumentalnym)  i przede wszystkim świetna gra zespołu aktorów to punkty, które składają się na wysoką jakość filmu O'Russella. Zobaczcie koniecznie!

Daniel Gizicki

niedziela, 06 marca 2011
Królestwo zwierząt

Obsypany nagrodami australijski film "Królestwo zwierząt" w reżyserii Davida Michoda niestety nieco mnie rozczarował. Po wielce entuzjastycznych recenzjach (no i po tym gradzie nagród) spodziewałem się dzieła, które zwali mnie z nóg a tu dostałem jedynie kawał bardzo dobrego kina, jednak bez całościowej rewelacji. Dużo większe wrażenie w kategorii filmu gangsterskiego wywarł na mnie opisywany niedawno "Prorok".

 

Królestwo zwierząt

Czego nie można odmówić "Królestwu zwierząt" to rewelacyjnych kreacji aktorskich. Na uwagę zasługują zwłaszcza role Bena Mendelsohna (chyba jeden z najbardziej przerażających  świrów "ever") i Jacki Weaver ale cieszy również kolejny solidny występ Guya Pearce'a a i inni aktorzy przezentują wysoki poziom. Muzyka, montaż, zdjęcia - to także jest z najwyższej półki. Jednak po zakończeniu filmu odczułem pewien niedosyt. Spowodowany głównie linią fabularną.

Nie bez kozery przywołałem "Proroka" bo w sumie oba filmy, oczywiście w całkowicie odmienny sposób, poruszają podobne wątki. Czyli opowiadają o młodym chłopaku, który wchodzi w przestępczy światek. Jednak o ile bohater filmu Audiarda dopasowuje się do swojego "nowego otoczenia" i świadomie (oraz brawurowo) zaczyna sobie w nim poczynać o tyle Joshua, główny bohater "Królestwa zwierząt" jest jedynie bezwolnym wykonawcą poleceń wujków gangsterów. I odebrałem go jako postać dużo mniej wiarygodną. Być może to jedynie mój subiektywny osąd, ale właśnie nakreślenie postaci głównego bohatera (który jest tak strasznie nijaki w porównaniu z demoniczno-przesłodzoną babcią, pokręconymi wujkami czy uczciwym stróżem prawa granym przez Pearce'a) wywołało u mnie poczucie niedosytu.

Nie znaczy to jednak, że "Królestwo zwierząt" nie jest filmem godnym uwagi. To naprawdę mocny kawałek gangsterskiej historii. Jednak mimo wszystko, po "Proroku" chyba trudno będzie mnie zadowolić...

Daniel Gizicki

niedziela, 27 lutego 2011
Głód

Kolejnym z wyróżniających się filmów, które wyświetlano w Polsce w 2010 r.; a przypominanych w lutym 2011 przez gliwickie Kino Amok był "Głód" w reżyserii Steve'a McQueena. To kolejny obraz podejmujący wciąż delikatne kwestie wydarzeń w Irlandii Północnej. Po utrzymanej w stylistyce paradokumentu głośnej "Krwawej niedzieli" Paula Greengrassa, opowiadającej o masakrze w Derry w 1972 r., McQueen przedstawia sytuację rozgrywającą sią niespełna dekadę poźniej w więzieniu Maze. Osadzeni tam członkowie IRA, protestowali chcąc wymusić na brytyjskich władzach przyznanie im statusu więźniów politycznych. Najpierw odmówili noszenia więziennych ubrań przyjmując jedynie koce, potem przestali się myć (higienę "oczywiście" egzekwowano siłą), by na końcu przejść do środka ostatecznego - głodówki. Pierwszą ofiarą protestu był Bobby Sands - nieformalny przywódca osadzonych, mimo przebywania w w zakładzie karnym wybrany do brytyjskiego parlamentu. Po 66 dniach głodówki Sands zmarł 5 maja 1981 r. Po nim, jeszcze dziewięciu strajkujących nie doczekało przerwania protestu.

 

Głód - Steve Mcqueen

Struktura "Głodu" jest trójdzielna. Najpierw migawkowe i stopniowo rozbudowywane jest przedstawienie sytuacji w więzieniu z perspektywy strażników i więźniów. Po kolei na scenę wprowadzeni są kolejni bohaterowie dramatu, aż pojawia się Sands (kolejna świetna rola Michaela Fassbendera). I to jego rozmowa z księdzem o sensie protestów więźniów jest punktem kulminacyjnym filmu. Następnie twórcy skupiają się na pokazaniu męczeństwa Sandsa aż do nieuchronnego finału.

"Głód" jest bardzo oszczędnym filmem, przedstawiającym wydarzenia z dystansem i skupieniem na szczegółach, jednostkach a nie ogólnym obrazie wydarzeń. Jednocześnie udało się tam zawrzeć kilka bardzo przemyślanych sekwencji, takich małych pętli fabularnych, które znamionują, że reżyser doskonale panuje nad przyjątą przez siebie narracją. Na uwagę zasługują też ciekawe ujęcia, jak choćby "ptasie" ruchy kamery w końcowych scenach filmu. Kolejnym atutem "Głodu" jest gra aktorska, błyszczy zwłaszcza Fassbender a scena rozmowy z księdziem (w tej roli Liam Cunningham), robi ogromne wrażenie.

Film McQueena jest na pewno godnym uwagi dziełem. Przemyślanym, konsekwentnie zrealizowanym, dopracowanym, bardzo smutnym i przygnebiającym. Myślę jednak, że ma on dużo mniejszą siłę rażenia w Polsce niż w krajach choćby zachodniej Europy. Nasza historia jest pełna podobnych wydarzeń (może nie dosłownie), więc obrazy bestialskiego traktowania więźniów nie są dla Polaków niczym "nowym". Co oczywiście nie zmienia faktu, że "Głód" trzeba zobaczyć.

Daniel Gizicki

sobota, 22 stycznia 2011
Ku pokrzepieniu serc

Jakis czas temu wybrałem sie do kina na bardzo chwalony i zbierający liczne nagrody (w tym Oscary) film "Hej, skarbie" wyreżyserowany przez Lee Danielsa, na podstawie książki "Push" Sapphire. Obraz ten z jednej strony jest wstrząsający z drugiej jednak rozczarowuje.

Hej, skarbie

Największym atutem filmu jest niewątpliwie gra aktorska. Talentem błyszczy zwłaszcza Mo'Nique - odtwórczyni roli matki Precious, zresztą dostała za tę rolę m.in. Oscara i Złoty Glob. Równie dobrze wypadła Gabourey Sidibe jako główna bohaterka Precious, ale należy też zwrócić uwagę na perełki w postaci np. drugoplanowej roli Mariah Carey. Tak, tak... znana z plastikowego popu i występu w koszmarnym filmie "Glitter" piosenkarka, tu naprawdę zaskoczyła aktorską dojrzałością.

Kolejnym atutem "Hej, Skarbie" ale i jednocześnie największą bolączką tego filmu jest fabuła. Widz dostaje wstrząsającą historię otyłej, maltretowanej fizycznie i psychicznie w piekle ogniska domowego, uciekającej w świat marzeń zamkniętej w sobie i zahukanej nastolatki. W filmie realistycznie przedstawiono cynizm żyjących na marginesie obywateli, którzy nieustannie kombinują jak "wycyckać" opiekę społeczną, nie robiąc nic by w jakikolwiek sposób poprawić swoją sytuację życiową. Jednak z drugiej strony wątek próbujacej wyrwać się z marazmu codzienności Precious jest schematyczny i łzawy, przywodzący na myśl standard amerykańskich filmideł biegnących po sznureczku "from zero to hero".  No, może ciut przejaskrawiam, ale tak ten film można odebrać. Jako łzawą historyjkę ku pokrzepieniu serc. Ironizując (bezczelnie) - jak to źle mają Afroamerykanie, ale przecież wystarczy chcieć i mieć odrobinę samozaparcia i silnej woli by sprostać wszystkim przeciwnościom losu, oczywiście przy pomocy wiernych i oddanych przyjaciół.

I niestety mało innowacyjne wykorzystanie tego schematu zaburzyło mi odbiór "Hej, skarbie". Po licznych ochach i achach krytyków spodziewałem się nie wiadomo czego a dostałem przerażający punkt wyjścia, rozwinięty w naiwny schematyczny sposób. Film fenomenalnie zagrany, świetnie zmontowany i na pewno warty uwagi... ale jednak rozczarowujący.

Daniel Gizicki

niedziela, 09 stycznia 2011
Różne wersje wydarzeń

"Mr. Nobody" Jaco Van Dormaela nie jest filmem doskonałym.

Opiera się jednak na bardzo interesującym założeniu. Przypadek rządzi światem, motylek rusza skrzydełkami i wywołuje tornado po drugiej stronie globu. Brazylijczyk gotuje jajko a powstająca podczas tego procesu para wodna dołączy do chmury i powędruje 'gdzieś tam', z niej spadnie deszcz, który będzie miał mniej lub bardziej poważny wpływ na życie przypadkowych ludzi. I właśnie Nemo, główny bohater filmu jest wpleciony w takie sprzęgi pozornie przypadkowych wydarzeń. Jego życie pokazywane jest mozaikowo, w wielu fragmentach, obrazujących, jakby było, gdyby wtedy a wtedy coś potoczyło się tak albo inaczej, gdyby podjęto takie lub inne decyzje. Wiele ciagów przyczynowo-skutkowych bioracych początek w jednym miejscu. Brzmi intrygująco?

 

Mr. Nobody

 

"Mr. Nobody" czerpie ze sztafażu science fiction, bo oto ostatni śmiertelny człowiek, co poniekąd implikuje wyjatkowość w świecie nieśmiertelnych, opowiada o swoim mało wyjątkowym życiu, mieszając fakty ze swoimi wyobrażeniami i marzeniami. Odpowiedź na pytanie "co by było gdyby?" wydaje się być główną treścią tego filmu. Odpowiedzi, które widzowie otrzymują tchną nieco banałem ale z drugiej strony składają się na obraz bohatera, do którego bardzo dobrze pasuje tytułowe określenie Mr. Nobody. Nemo bowiem będąc w swej wyobaźni tyloma różnymi wariantami samego siebie, gubi własną tożsamość. Bo kim on tak naprawdę jest? Dzieciakiem przewidującym przyszłość? Szczęśliwie zakochanym nastolatkiem? Nieszczęśliwie zakochanym nastolatkiem? Mężczyzną czekającym na powrót swej wielkiej miłości? Mężczyzną żyjącym w koszmarach nieudanych małżeństw? Kosmicznym turystą zmierzającym na Marsa? Czy Nemo jest jedną z tych postaci, czy może wszystkimi jednocześnie?

Niestety mnogość nagromadzonych wątków przekazujących kolejne skrawki informacji o bohaterach i wydarzeniach, powoduje, że film staje się nużący, nie przez nadmierne zagmatwanie (bo taki nie jest) ale po prostu nużący. Krzyczące z plakatów hasła: "Porywający", "Zjawiskowy", "Arcydzieło" nie bardzo znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości. "Mr. Nobody" bowiem to w gruncie rzeczy bardzo prosta fabuła, chociaż rozczłonkowana.

Jednak niewątpliwą zaletą filmu Van Dormaela jest strona wizualna. "Mr. Nobody" to bardzo udanie nakręcony, bardzo plastyczny obraz z wieloma efektownymi ujęciami. Cieszy również bardzo solidne aktorstwo zwłaszcza Jareda Leto, Diane Kruger i Sarah Polley ale i bardzo dobrze wypadają nastoletni odtwórcy.

Myślę, że problemem dzieła Van Dormaela jest fakt, ze kilka miesięcy wcześniej swą premierę miała "Incepcja". Co prawda film Nolana nie opowiada jakiejś bardzo podobnej historii; ale eksploruje podobne sfery tematyczne i poniekąd formalne. Także etykietka o nowatorstwie "Mr. Nobody" wydaje sie być przypisana nieco na wyrost. Film ten wzbudzi mieszane emocje i pewnie zyska podobną liczbę zwolenników jak i przeciwników, co nie zmienia faktu, że jest obrazem intrygującym, godnym uwagi (warto się nim zainteresować choćby po to by móc ponarzekać). Na pewno jednak "Mr. Nobody" nie jest filmem doskonałym.

Daniel Gizicki

sobota, 08 stycznia 2011
CZY "WSZYSTKO JEST ILUMINACJĄ"?
Zastanawiałam się ostatnio co może spowodować, aby człowiek żyjący w czasach, kiedy obraz i dźwięk atakuje jego mózg w każdej sekundzie, od momentu kiedy otworzy oczy po głębokim śnie,że na chwilę zacznie przyswajać bodźce wizualne i dźwiękowe w sposób warunkowy- czyli będzie je przyswajać używając swojej inteligencji, przetwarzać je na kontrolowane emocje,bo kierowane swoim, własnym, także nabytym, wykształconym rozumem czy tzw. mądrością. Co przyczyni się do tego, że wyłączy automatyczną konsumpcję papki wizualnej i dźwiękowej ? Czy jest coś takiego ?