Kategorie: Wszystkie | ekranizacje | krótko o... | pokazy DKFu | szerzej o...
RSS
poniedziałek, 03 stycznia 2011
Scott Pilgrim vs. Scott Pilgrim

Niedawno obejrzałem filmową wersję przygód Scotta Pilgrima i... ech. Do pewnego momentu jest to świetna zabawa, dopóki autorzy filmu w miarę wiernie trzymają się komiksowego pierwowzoru. Jak tylko jednak sami zaczynają kombinować z fabułą ta robi się coraz bardziej głupkowata.

 

Scott Pilgrim - Bryan Lee O'Malley

 

Ale może po kolei. Opowieść o pierdołowatym Kanadyjczyku Scottcie autorstwa znanego u nas z "Zagubionej duszy" Bryana Lee O'Malley'a, to romantyczna komedia z elementami szeroko rozumianych "sztuk walki". Scott to kretyn, serio, jego głupota mogłaby przenosić góry, ale w swym rozmemłaniu i niezaradności jest postacią niezwykle sympatyczną. Podczas akcji komiksu, która wypełnia 6 tomików bohater ten zmienia się, bierze do kupy, może nie jest to klasyczny przykład na schemat fabularny "from zero to hero" ale różne aspekty znajomości z Ramoną Flowers mają niebagatelny wpływ na to jaki jest Scott. Przede wszystkim jednak, komiks ten w swej "snujowatości" dokładnie nakreśla główne postacie (i te poboczne też) i pozwala czytelnikowi na poznanie masy infromacji, które dookreślają nie tylko poszczególne osoby ale i cały świat w którym funkcjonują. O'Malley bardzo lekko opowiada masę historyjek, których niestety zabrakło w filmie. Czytając kolejne odsłony nietrudno odnieść wrażenie, że to nie pojedynki z kolejnymi "złymi byłymi" Ramony są esencją fabuły, ale przedstawienie zwykłego, codziennego życia grupy młodych mieszkańców Toronto, zawiłości związków, usamodzielnianie się, granie w kapeli itp. itd.

Natomiast scenarzyści filmu (nie wiem jaki wpływ na całościowy scenariusz miał autor komiksu) wykręcili fabułę "Scotta Pilgrima" jak mokry ręcznik. Za dużo wyciekło, zostało niewiele. Niektóre wątki całkowicie wywalono, inne zostały w postaci szczątkowej. Filmowcy skupili się na kolejnych pojedynkach, przez co obraz stał się nudny i pusty. Jeden z bohaterów filmu (ten, który wszystkich zna) w końcowych scenach niejako w tle wygłasza opinię, że komiks jest dużo lepszy niż ekranizacja. Niewiadomo o jaki tytuł mu chodzi, ale jeśli o "Scotta Pilgrima" to trudno się nie zgodzić. Fabuła ekranizacji bowiem trzyma się kupy, gdzieś do drugiego pojedynku. Potem, niestety, rozsypuje się. Początek filmu jest dobry głównie dlatego, że bardzo dokładnie przeniesiono na duży ekran kolejne sekwencje z komiksu. Troszkę wzbogacono tu i tam (jeszcze są to twórcze i udane innowacje - bollywood z Patelem, czy dublerzy Lucasa Lee) ale potem chyba nagle okazało się, że "trzeba skracać bo się nie zmieścimy z wszystkim!". I wyszła chała. Film kompletnie traci charakter zmieniając się w nudną przeplatankę - kilka scen dialogowych - pojedynek - kilka scena dialogowych - pojedynek... Zniknął wątek ojca Knives, starcia Ramony i Knives, zniknęły retrospekcje o związku Scotta i Kim, koszmar pt. "Envy" skrócono, tak jak i całe przedstawienie faktycznego obrazu długofalowej relacji dwojga głównych bohaterów. W filmie Scott momentami aż taką pierdołą nie jest, to on rzuca do swych oponentów tekstami, którymi to oni rzucali do niego w papierowej wersji ale z drugiej strony dziwnie się zachowuje choćby podczas schadzki z Ramoną u siebie, która w komiksie skończyła się wspólnie spędzoną nocą... zaś w filmie, Scott zaczyna panikować i... wychodzą na miasto... Bez sensu.

 

Scott Pilgrim film

 

Gwoździem do trumny są natomiast końcowe sekwencje filmu, gdy Knives daje dobre rady Scottowi. Co to za łzawa puenta w ogóle?

Zaletą filmu jest na pewno pierwsza część kiedy widz dostaje udaną adaptację komiksu, no i wizualna strona bo sceny pojedynków skręcone są naprawdę dobrze, a wszyscy miłośnicy naparzanek tpp będą usatysfakcjonowani. Muzyka jest ok, tak jak i w miarę porządna gra aktorska (najlepiej wypada Kieran Culkin w roli Wallace'a Wellsa). Ale generalnie film jest kiepski. Przy komiksie świetnie się bawiłem a oglądając film nie bardzo. Także jeśli wyd. Kultura Gniewu wyda "Scotta Pilgrima" to warto się z tym tytułem zapoznać. Filmową wersję raczej należy sobie odpuścić. Może gdyby adaptacja nie była jednym filmem ale np. sześcioodcinkowym serialem byłoby dużo lepiej, ale jako samodzielny pełenmetraż "Scott Pilgrim vs. The world" w ogóle się nie broni.

Daniel Gizicki