Kategorie: Wszystkie | ekranizacje | krótko o... | pokazy DKFu | szerzej o...
RSS
niedziela, 06 lutego 2011
Film o Facebooku

Właściwie to wystarczy, że o "The Social Network" w rezyserii Davida Finchera napiszę tylko:

LUBIĘ TO!

Daniel Gizicki

sobota, 22 stycznia 2011
Ku pokrzepieniu serc

Jakis czas temu wybrałem sie do kina na bardzo chwalony i zbierający liczne nagrody (w tym Oscary) film "Hej, skarbie" wyreżyserowany przez Lee Danielsa, na podstawie książki "Push" Sapphire. Obraz ten z jednej strony jest wstrząsający z drugiej jednak rozczarowuje.

Hej, skarbie

Największym atutem filmu jest niewątpliwie gra aktorska. Talentem błyszczy zwłaszcza Mo'Nique - odtwórczyni roli matki Precious, zresztą dostała za tę rolę m.in. Oscara i Złoty Glob. Równie dobrze wypadła Gabourey Sidibe jako główna bohaterka Precious, ale należy też zwrócić uwagę na perełki w postaci np. drugoplanowej roli Mariah Carey. Tak, tak... znana z plastikowego popu i występu w koszmarnym filmie "Glitter" piosenkarka, tu naprawdę zaskoczyła aktorską dojrzałością.

Kolejnym atutem "Hej, Skarbie" ale i jednocześnie największą bolączką tego filmu jest fabuła. Widz dostaje wstrząsającą historię otyłej, maltretowanej fizycznie i psychicznie w piekle ogniska domowego, uciekającej w świat marzeń zamkniętej w sobie i zahukanej nastolatki. W filmie realistycznie przedstawiono cynizm żyjących na marginesie obywateli, którzy nieustannie kombinują jak "wycyckać" opiekę społeczną, nie robiąc nic by w jakikolwiek sposób poprawić swoją sytuację życiową. Jednak z drugiej strony wątek próbujacej wyrwać się z marazmu codzienności Precious jest schematyczny i łzawy, przywodzący na myśl standard amerykańskich filmideł biegnących po sznureczku "from zero to hero".  No, może ciut przejaskrawiam, ale tak ten film można odebrać. Jako łzawą historyjkę ku pokrzepieniu serc. Ironizując (bezczelnie) - jak to źle mają Afroamerykanie, ale przecież wystarczy chcieć i mieć odrobinę samozaparcia i silnej woli by sprostać wszystkim przeciwnościom losu, oczywiście przy pomocy wiernych i oddanych przyjaciół.

I niestety mało innowacyjne wykorzystanie tego schematu zaburzyło mi odbiór "Hej, skarbie". Po licznych ochach i achach krytyków spodziewałem się nie wiadomo czego a dostałem przerażający punkt wyjścia, rozwinięty w naiwny schematyczny sposób. Film fenomenalnie zagrany, świetnie zmontowany i na pewno warty uwagi... ale jednak rozczarowujący.

Daniel Gizicki

niedziela, 09 stycznia 2011
Różne wersje wydarzeń

"Mr. Nobody" Jaco Van Dormaela nie jest filmem doskonałym.

Opiera się jednak na bardzo interesującym założeniu. Przypadek rządzi światem, motylek rusza skrzydełkami i wywołuje tornado po drugiej stronie globu. Brazylijczyk gotuje jajko a powstająca podczas tego procesu para wodna dołączy do chmury i powędruje 'gdzieś tam', z niej spadnie deszcz, który będzie miał mniej lub bardziej poważny wpływ na życie przypadkowych ludzi. I właśnie Nemo, główny bohater filmu jest wpleciony w takie sprzęgi pozornie przypadkowych wydarzeń. Jego życie pokazywane jest mozaikowo, w wielu fragmentach, obrazujących, jakby było, gdyby wtedy a wtedy coś potoczyło się tak albo inaczej, gdyby podjęto takie lub inne decyzje. Wiele ciagów przyczynowo-skutkowych bioracych początek w jednym miejscu. Brzmi intrygująco?

 

Mr. Nobody

 

"Mr. Nobody" czerpie ze sztafażu science fiction, bo oto ostatni śmiertelny człowiek, co poniekąd implikuje wyjatkowość w świecie nieśmiertelnych, opowiada o swoim mało wyjątkowym życiu, mieszając fakty ze swoimi wyobrażeniami i marzeniami. Odpowiedź na pytanie "co by było gdyby?" wydaje się być główną treścią tego filmu. Odpowiedzi, które widzowie otrzymują tchną nieco banałem ale z drugiej strony składają się na obraz bohatera, do którego bardzo dobrze pasuje tytułowe określenie Mr. Nobody. Nemo bowiem będąc w swej wyobaźni tyloma różnymi wariantami samego siebie, gubi własną tożsamość. Bo kim on tak naprawdę jest? Dzieciakiem przewidującym przyszłość? Szczęśliwie zakochanym nastolatkiem? Nieszczęśliwie zakochanym nastolatkiem? Mężczyzną czekającym na powrót swej wielkiej miłości? Mężczyzną żyjącym w koszmarach nieudanych małżeństw? Kosmicznym turystą zmierzającym na Marsa? Czy Nemo jest jedną z tych postaci, czy może wszystkimi jednocześnie?

Niestety mnogość nagromadzonych wątków przekazujących kolejne skrawki informacji o bohaterach i wydarzeniach, powoduje, że film staje się nużący, nie przez nadmierne zagmatwanie (bo taki nie jest) ale po prostu nużący. Krzyczące z plakatów hasła: "Porywający", "Zjawiskowy", "Arcydzieło" nie bardzo znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości. "Mr. Nobody" bowiem to w gruncie rzeczy bardzo prosta fabuła, chociaż rozczłonkowana.

Jednak niewątpliwą zaletą filmu Van Dormaela jest strona wizualna. "Mr. Nobody" to bardzo udanie nakręcony, bardzo plastyczny obraz z wieloma efektownymi ujęciami. Cieszy również bardzo solidne aktorstwo zwłaszcza Jareda Leto, Diane Kruger i Sarah Polley ale i bardzo dobrze wypadają nastoletni odtwórcy.

Myślę, że problemem dzieła Van Dormaela jest fakt, ze kilka miesięcy wcześniej swą premierę miała "Incepcja". Co prawda film Nolana nie opowiada jakiejś bardzo podobnej historii; ale eksploruje podobne sfery tematyczne i poniekąd formalne. Także etykietka o nowatorstwie "Mr. Nobody" wydaje sie być przypisana nieco na wyrost. Film ten wzbudzi mieszane emocje i pewnie zyska podobną liczbę zwolenników jak i przeciwników, co nie zmienia faktu, że jest obrazem intrygującym, godnym uwagi (warto się nim zainteresować choćby po to by móc ponarzekać). Na pewno jednak "Mr. Nobody" nie jest filmem doskonałym.

Daniel Gizicki

sobota, 08 stycznia 2011
CZY "WSZYSTKO JEST ILUMINACJĄ"?
Zastanawiałam się ostatnio co może spowodować, aby człowiek żyjący w czasach, kiedy obraz i dźwięk atakuje jego mózg w każdej sekundzie, od momentu kiedy otworzy oczy po głębokim śnie,że na chwilę zacznie przyswajać bodźce wizualne i dźwiękowe w sposób warunkowy- czyli będzie je przyswajać używając swojej inteligencji, przetwarzać je na kontrolowane emocje,bo kierowane swoim, własnym, także nabytym, wykształconym rozumem czy tzw. mądrością. Co przyczyni się do tego, że wyłączy automatyczną konsumpcję papki wizualnej i dźwiękowej ? Czy jest coś takiego ?
poniedziałek, 03 stycznia 2011
Scott Pilgrim vs. Scott Pilgrim

Niedawno obejrzałem filmową wersję przygód Scotta Pilgrima i... ech. Do pewnego momentu jest to świetna zabawa, dopóki autorzy filmu w miarę wiernie trzymają się komiksowego pierwowzoru. Jak tylko jednak sami zaczynają kombinować z fabułą ta robi się coraz bardziej głupkowata.

 

Scott Pilgrim - Bryan Lee O'Malley

 

Ale może po kolei. Opowieść o pierdołowatym Kanadyjczyku Scottcie autorstwa znanego u nas z "Zagubionej duszy" Bryana Lee O'Malley'a, to romantyczna komedia z elementami szeroko rozumianych "sztuk walki". Scott to kretyn, serio, jego głupota mogłaby przenosić góry, ale w swym rozmemłaniu i niezaradności jest postacią niezwykle sympatyczną. Podczas akcji komiksu, która wypełnia 6 tomików bohater ten zmienia się, bierze do kupy, może nie jest to klasyczny przykład na schemat fabularny "from zero to hero" ale różne aspekty znajomości z Ramoną Flowers mają niebagatelny wpływ na to jaki jest Scott. Przede wszystkim jednak, komiks ten w swej "snujowatości" dokładnie nakreśla główne postacie (i te poboczne też) i pozwala czytelnikowi na poznanie masy infromacji, które dookreślają nie tylko poszczególne osoby ale i cały świat w którym funkcjonują. O'Malley bardzo lekko opowiada masę historyjek, których niestety zabrakło w filmie. Czytając kolejne odsłony nietrudno odnieść wrażenie, że to nie pojedynki z kolejnymi "złymi byłymi" Ramony są esencją fabuły, ale przedstawienie zwykłego, codziennego życia grupy młodych mieszkańców Toronto, zawiłości związków, usamodzielnianie się, granie w kapeli itp. itd.

Natomiast scenarzyści filmu (nie wiem jaki wpływ na całościowy scenariusz miał autor komiksu) wykręcili fabułę "Scotta Pilgrima" jak mokry ręcznik. Za dużo wyciekło, zostało niewiele. Niektóre wątki całkowicie wywalono, inne zostały w postaci szczątkowej. Filmowcy skupili się na kolejnych pojedynkach, przez co obraz stał się nudny i pusty. Jeden z bohaterów filmu (ten, który wszystkich zna) w końcowych scenach niejako w tle wygłasza opinię, że komiks jest dużo lepszy niż ekranizacja. Niewiadomo o jaki tytuł mu chodzi, ale jeśli o "Scotta Pilgrima" to trudno się nie zgodzić. Fabuła ekranizacji bowiem trzyma się kupy, gdzieś do drugiego pojedynku. Potem, niestety, rozsypuje się. Początek filmu jest dobry głównie dlatego, że bardzo dokładnie przeniesiono na duży ekran kolejne sekwencje z komiksu. Troszkę wzbogacono tu i tam (jeszcze są to twórcze i udane innowacje - bollywood z Patelem, czy dublerzy Lucasa Lee) ale potem chyba nagle okazało się, że "trzeba skracać bo się nie zmieścimy z wszystkim!". I wyszła chała. Film kompletnie traci charakter zmieniając się w nudną przeplatankę - kilka scen dialogowych - pojedynek - kilka scena dialogowych - pojedynek... Zniknął wątek ojca Knives, starcia Ramony i Knives, zniknęły retrospekcje o związku Scotta i Kim, koszmar pt. "Envy" skrócono, tak jak i całe przedstawienie faktycznego obrazu długofalowej relacji dwojga głównych bohaterów. W filmie Scott momentami aż taką pierdołą nie jest, to on rzuca do swych oponentów tekstami, którymi to oni rzucali do niego w papierowej wersji ale z drugiej strony dziwnie się zachowuje choćby podczas schadzki z Ramoną u siebie, która w komiksie skończyła się wspólnie spędzoną nocą... zaś w filmie, Scott zaczyna panikować i... wychodzą na miasto... Bez sensu.

 

Scott Pilgrim film

 

Gwoździem do trumny są natomiast końcowe sekwencje filmu, gdy Knives daje dobre rady Scottowi. Co to za łzawa puenta w ogóle?

Zaletą filmu jest na pewno pierwsza część kiedy widz dostaje udaną adaptację komiksu, no i wizualna strona bo sceny pojedynków skręcone są naprawdę dobrze, a wszyscy miłośnicy naparzanek tpp będą usatysfakcjonowani. Muzyka jest ok, tak jak i w miarę porządna gra aktorska (najlepiej wypada Kieran Culkin w roli Wallace'a Wellsa). Ale generalnie film jest kiepski. Przy komiksie świetnie się bawiłem a oglądając film nie bardzo. Także jeśli wyd. Kultura Gniewu wyda "Scotta Pilgrima" to warto się z tym tytułem zapoznać. Filmową wersję raczej należy sobie odpuścić. Może gdyby adaptacja nie była jednym filmem ale np. sześcioodcinkowym serialem byłoby dużo lepiej, ale jako samodzielny pełenmetraż "Scott Pilgrim vs. The world" w ogóle się nie broni.

Daniel Gizicki

1 , 2